Tym razem sezonki w nieco innej formie - bo filmowej :)
Co
najlepiej robić, jeśli nie chce ci się czytać, a zimowy wieczór nie chce się
skończyć? Zaopatrzyć się w gruby koc, skarpety i film. A najlepiej filmy. Oto
mini-przegląd tytułów idealnych na zimne (choć na razie bezśnieżne) wieczory :)
"To
właśnie miłość"/"Love actually"
Bożonarodzeniowa komedia romantyczna. Święta
rozbudzają miłość w bohaterach, którzy przeżywają ją na różny sposób. 10
różnych historii przedstawionych przez gwiazdorską obsadę gwarantuje dobrą
zabawę przez ponad dwie godziny.
Widziałam ten film kawał czasu
temu, ale pamiętam, że bardzo go polubiłam. Nic głębokiego, ale przyjemna, zabawna
i niezwykle klimatyczna produkcja.
"Dziennik
Bridged Jones"/"Bridget Jones's Diary"
Zima i
święta sprzyjają komediom, szczególnie romantycznym. Jakoś nie bardzo lubię aktorkę grającą główną rolę, ale mimo to bardzo dobrze mi pasowała. Zabawna historia
kobiety, która pragnie zmienić swoje życie. Dwa męskie nazwiska na górze plakatu sugerują, myślę dobitnie, jaki dylemat Bridget będzie mieć ;)
Można miło spędzić czas - również
oglądając kolejną część.
"Listy do M"
To
chyba najbardziej świąteczny film z całego zestawienia. Pomijając plakat, który
wydaje mi się dość podobny do tego z "To właśnie miłość", zostaje
jeszcze fabuła, która tak samo wydaje mi się zbieżna. Właściwie chodzi o sam
jej schemat - kilkoro ludzi ze świątecznymi problemami miłosnymi, różne
historie, które w ostatnich scenach się łączą. Dobry film, można było się
pośmiać - czyli czego chcieć więcej? :)
A jakie filmy
świąteczno-zimowe Wy byście polecili? :D Bo na ten moment śnieg obejrzeć można tylko na ekranie - przynajmniej u mnie :(
Musiałam obejrzeć jeden z filmów Almodovara do szkoły i miałam problem z
wyborem. Przeglądając zwiastuny utwierdzałam się w przekonaniu, że chyba żaden
z nich tak naprawdę mi się nie spodoba, toteż zdecydowałam się na jeden z
najsłynniejszych filmów tego reżysera. I nie żałuję.
Kto nie zna jeszcze słynnych "Dziadów" Mickiewicza wystąp, zawróć
i do lektury marsz. Dopiero po tym zapraszam na recenzję filmu opartego o
dramat naszego wieszcza. Bo ja jestem wielką wielbicielką jego dzieł - choć
poznaję je przez szkołę, (wyjątkowo) nie czuję się do nich zniechęcona. Ale dość
już o Mickiewiczu, czas powiedzieć coś o filmie. Po pierwsze: to nie jest
ekranizacja dramatu. Choć zdecydowana większość została z niego zaczerpnięta,
nie jest to kropka w kropkę takie samo. Do tego reżyser wplótł w XIX wieczną
akcję sceny współczesne, w jakiś sposób pasujące do danego momentu. Samej akcji nie ma sensu streszczać, o co chodzi w "Dziadach" chyba każdy mniej więcej wie.
Ten film plus książka (będę do dramatu chyba jeszcze nawiązywać parę razy,
wybaczcie :)) daje kaca. Ogromnego. Od chwili obejrzenia go o
niczym innym nie myślę. Upatrzyłam sobie też dwie sceny, obie z udziałem
Konrada, które za nic nie chcą wyjść mi z głowy. Mowa o samym początku części
III (choć w filmie nie ma na nie podziału) - śnie, jeszcze wtedy, Gustawa oraz
o spotkaniu więźniów w jego celi, gdy śpiewają "Zemstę na wroga".
Obie te sceny przekazują ogromną ilość emocji, od rozpaczy przez tęsknotę i
bezsilność, do silnej determinacji.
Do Artura Żmijewskiego nie pałałam dotychczas wielką sympatią. Ot, aktor z
"Na dobre i na złe", nic szczególnego. Po obejrzeniu tego filmu moja
opinia zmieniła się diametralnie. Sposób, w jaki odegrał swoją postać miał
pewnie znaczący wpływ na mój odbiór zarówno wyżej wspomnianych scen, ale i
całego filmu. Jednak nie jest on jedyną gwiazdą na tym niebie. Zarówno pan
Holoubek, jak i cała reszta aktorów grających role drugoplanowe, nadali takiego
charakteru i pokazali tyle emocji, że nie potrafiłam oderwać oczu od ekranu, a
bohaterowie, głównie ci trzecioczęściowi, stali się dla mnie niezwykle bliscy -
potrafiłam się wczuć w ich położenie aż za dobrze.
Muzyka pełni w tym filmie ważną rolę. Jest dobrana idealnie, świetnie
podkreśla tragiczny charakter akcji. Na uznanie zasługuje również operator
kamery - bądź reżyser - za niesamowite ujęcia. Widz momentami zmienia się w
bohatera, patrzy na świat z jego perspektywy. Czasem miałam poczucie, jakby
inni zwracali się właśnie do mnie.
Brak mi słów by wyrazić to wszystko, co dzieje się w mojej głowie. Wypełnia
mnie bezbrzeżny zachwyt, smutek. Odczuwam też niedosyt - chcę więcej "Dziadów"
w jakiejkolwiek formie, chcę dalszych losów bohaterów, ale jednocześnie wiem,
że niewiele więcej mogę otrzymać. Mogę jedynie nadal pałać starą-nową (do
ballad od dawna, do dłuższych tekstów od kilku miesięcy) miłością do
Mickiewicza i świeżymi uczuciami do interpretacji pana Konwickiego. Wam
wszystkim również polecam ten film. No bo o pierwowzorze wspominać chyba nie
muszę?
Na pierwszych zajęciach z filozofii profesor
Radisson (Kevin Sorbo) każe uczniom napisać trzy słowa - "Bóg nie
żyje". Jedyną osobą, która się temu sprzeciwia, jest Josh (Shane Harper).
Dostaje zadanie - musi udowodnić, że Bóg żyje. W przeciwnym razie nie zaliczy
przedmiotu.
Ilu młodych osób
miałoby odwagę przyznać przed wszystkimi, i wbrew wszystkim, że wierzy w Boga? Niewykluczone,
że w sytuacji, w jakiej znalazł się główny bohater, wielu z nas zachowałoby się
tak, jak pozostała część klasy. Jednak historia Josha nie była jedynym wątkiem
w filmie - Amy, blogerka lewicowa, Mina, dziewczyna profesora Radissona,
Ayisha, wychowana w muzłumańskiej rodzinie chrześcijanka - ich historie, choć
różne, przeplatają się ze sobą, a wszystkie one schodzą się w jednym punkcie -
w Bogu.
Jest to film w "amerykańskim stylu" - słodkawo, happy end, a jednak ma on przesłanie. Znalazło się kilka cytatów mądrych, pięknych w
swojej prostocie. Oczywistych, a jednak nie przez wszystkich znanych. Momenty
wzruszające przeplatały się z zabawnymi. Czytałam recenzje, w których ten film
określany był jako chrześcijańska propaganda - zgodzę się po części: film ten
pokazuje zalety wiary, cytuje biblię, próbuje przekonać do tego, iż Bóg jest
tym, co człowiekowi potrzebne. Ale czy to źle? Według mnie nie.
Prowadziłam
ostatnio krótką dyskusję z dziewczyną, która również recenzowała ten film.
Według niej niewierzący lub innowiercy byli ukazani jako "ci źli". Ja
natomiast uważam, że to nie przez ich wiarę czy niewiarę zostali tak ukazani,
lecz pokazane były różne charaktery i kultury na tle chrześcijan.
Dla mnie ten film
jest naprawdę dobry. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałam, co napisać -
zostawił w mojej głowie mętlik, także muszę sobie wszystko dokładnie poukładać.
Jedyne, co wiem na pewno, to to, że warto go obejrzeć, jeśli ma się ochotę na
coś głębszego, a nie przytłaczającego.
P.S. Przepraszam, za
ewentualny brak składni, niezrozumiały przekaz, czy też wszelkie inne błędy,
ale jestem świeżo po filmie, a ta "recenzja" była dla mnie bardziej
układaniem sobie wszystkiego w głowie :)
Społeczeństwo
zostało podzielone na pięć frakcji. Każdy obywatel musi dołączyć do jednej z
nich, z którą się identyfikuje, jeśli chce żyć w miarę spokojnie. Problemy i
zagrożenie życia pojawia się wtedy, gdy ktoś czuje, że może należeć do każdej z
frakcji. Taką właśnie osobą jest Tris. Dziewczyna musi za wszelką cenę ukrywać
to, kim jest naprawdę, jeśli chce nadal żyć w miarę spokojnie... o ile można
tak powiedzieć o życiu w jej frakcji.
Mimo iż książka nie do końca spełniła moje
oczekiwania, obejrzałam film. Mam po nim mieszane uczucia. Może więc zacznę od
minusów.
Po pierwsze: bardzo nie lubię tego, gdy jest walka,
dużo tarzania się w kurzu, wysiłku fizycznego, a bohaterowie wychodzą z tego,
nie dość że szczęśliwym trafem cało, to jeszcze bez żadnego zadrapania,
rozdarcia na ubraniu, czy nawet pyłku czy potu na twarzy. Niestety, w tym
filmie z czymś takim się spotkałam. Zastanawiające jest również to, że
uciekający w deszczu pocisków bohater umyka bez żadnej rany...
Kolejną rzeczą, jaką mogę zarzucić temu filmowi, są
aktorzy. Jeśli chodzi o wygląd - w porządku, pasują. Jednak gdy przyszło im
pokazać trochę uczuć... Klapa, przynajmniej w przypadku głównej bohaterki...
Shailene Woodley mogę określić jako aktorkę jednej miny. Cała reszta aktorów
poradziła sobie w miarę dobrze.
No, to teraz pozytywy, bo całkiem się nie wykruszyły.
Wielki plus ode mnie za to, że trzymano się dość ściśle papierowego pierwowzoru
- przynajmniej z tego, co pamiętam, a przyznaję, że jakiś czas temu to było.
Dobrze, że nie skupiono się na tym, żeby wybuchy były
jak największe i jak najefektowniejsze. Uwagę zwrócono głównie na bohaterów, a
nie na popisy efektami specjalnymi.
Podobał mi się ogół - wszystko, choć może momentami
nieidealne, złożyło się w dość spójną, dobrze stworzoną całość, która
pozostawiła po sobie pozytywne wrażenia. Nie wiem, co na to wpłynęło, ale po
prostu nie mogę powiedzieć, że czas spędzony na oglądaniu tego filmu jest
stracony. Cokolwiek to było sprawiło, że nie będę Wam odradzać wyjścia do kina.
Film okazał się być dobrym na rozluźnienie, był ciekawy i wciągający. Mogę
spokojnie polecić :)
Trójka młodych chłopaków
bierze czynny udział w akcjach Małego Sabotażu, należy do Szarych Szeregów.
Wraz z drużyną walczą przeciwko Niemcom o wolną Polskę, nie bojąc się zapłacić nawet najwyższej ceny.
Film widziałam już jakiś czas temu, a wciąż brak mi słów na opisanie tego, co czuję do teraz. Książka pozostawiła we mnie głęboki ślad. Film go tylko wzmocnił.
Opowiadana
historia jest piękna, wzruszająca i, niestety, w większości prawdziwa. Do
treści z książki dodane zostały wątki, głównie miłosne. Udało się wpleść je
naturalnie, nic na siłę. Szkoda tylko, że akcji Małego Sabotażu było niewiele, właściwie ukazane były symbolicznie, nie w ramach zadań. Akcja skupia się raczej na działaniach poważniejszych, bardziej niebezpiecznych.
Książka, z tego co pamiętam, dość mocno gloryfikuje głównych bohaterów. Film również, ale nie w takim stopniu jak papierowa wersja historii. Bohaterowie wypadli jako mniej
perfekcyjni, a zarazem bardziej naturalnie. Wiele osób zauważyło, że postać Alka gdzieś zaginęła. Pojawiał się sporadycznie, mało mówił, wtapiał się w tłum. A szkoda. Za to Tomasz Ziętek swoją grą mnie powalił. Razem z odtwórcą roli Zośki świetnie się zgrali i dosłownie grali na emocjach.
Jak mówił w udzielonym
wywiadzie filmowy Zośka, zamiarem było pokazanie bohaterów nie jako pomniki, a
jako normalnych ludzi. Myślę, że udało się to w 100%. Młodzi aktorzy, którzy
nie są (lub do teraz nie byli) specjalnie znani, mają wielki potencjał. Zagrali
bardzo przekonująco - na tyle, żeby połowa widowni składającej się z uczniów w
wieku 16 lat, nastawionych dość negatywnie do tej ekranizacji, wyszła
pociągając nosem. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę mieć okazję do
oglądania ich w wielu produkcjach.
Aż się zdziwiłam, kiedy w
naprawdę krytycznych momentach pojawiała się odrobina humoru, który jednak nie
ujmował grozy.
Stety niestety, gdy było coś brutalnego, to szli na całość. Katowanie
Rudego wypadło okropnie - to znaczy realistycznie i naprawdę przekonująco.
Ja, jako osoba wrażliwa na takie sceny, zamykałam oczy i otwierałam na sekundę,
dwie - nie potrzebowałam obrazu, dźwięki same przywoływały dreszcze.
Ujęcia w filmie były bardzo dobre, nie dostałam oczopląsu, jak to się zdarza przy niektórych hollywoodzkich produkcjach. Było dynamicznie, ale dało się zrobić to w taki sposób, by można było to obejrzeć dokładnie.
Ktoś bardzo się postarał, by dało się wyczuć klimat wojny. Naprawdę można było się przenieść do
Warszawy z tamtych czasów.
Film jest mocny, brutalny
- ale spójrzmy prawdzie w oczy: takie były czasy. Może znalazły się jakieś
niedociągnięcia, aczkolwiek nie rzucały się mocno w oczy. Dla mnie film jest świetny i
polecam każdemu bez wyjątku. Zdecydowanie warto! A ja planuję wybrać się raz jeszcze...
Obsada: Vera Farmiga - Lorraine Warren Patrick Wilson - Ed Warren Lili Taylor - Carolyne Perron Ron Livingstone - Roger Perron
Rodzina przeprowadza się do starego domu. Po niedługim czasie zauważają, że dzieją się tam dziwne rzeczy. Przerażona Caroline, matka i żona, udaje się po pomoc do Eda i Lorraine Warren, słynnych badaczy zjawisk paranormalnych. Okazuje się, że dom jest zamieszkany nie tylko przez nich, a lata temu działy się w nich przerażające rzeczy.
Horrorów nienawidzę. Szczerze. Choć nie, inaczej: nienawidzę tego, jak się po nich czuję - a obejrzeć mogę. Był jednak maraton filmowy w szkole, więc nie mogłam odmówić zostania na tym filmie - wiecie jaką moc przekonywania mają przyjaciele?... Fabuła ciekawa, nie opierała się (zbytnio) na "zabić i żeby flaki latały". Historia wymyślona bądź nie, zależy czy wierzyć informacji, że to film na faktach, jest wciągająca, i przerażająca - jakby nie patrzeć jest to plusem. Nieco śmiać mi się chciało jedynie gdy widać, że coś się dzieje, a bohaterowie prą do miejsca niebezpieczeństwa, jakby to była droga do raju... No, chyba że popatrzymy na to z perspektywy, wtedy naprawdę mogła się taką drogą okazać... Gra aktorska okazała się być przerażająco dobra. Uczucia bohaterów naprawdę spływały z ekranu. Szczególnie dobrze odegrała swoją rolę Lili Taylor. Miała chyba najtrudniejsze zadanie z całej obsady i podołała mu. Muzyka budowała napięcie lepiej niż obraz, lecz w sumie dzięki niej wiedziałam, kiedy mam zacząć patrzyć się w sufit - a potem czekałam aż ustaną krzyki na sali. Niemniej bez podkładu dźwiękowego film byłby o wiele mniej przerażający. Minusem, który znalazłam, była przewidywalność. Kilka momentów niestety (czy stety - mogłam się przygotować) mnie nie zaskoczyło. Horror ten działa na psychikę bardzo. Do teraz boję się, że ktoś mi zaklaska gdy będę sama po ciemku - niby nic, ale obejrzyjcie ten film, to prawdopodobnie zmienicie zdanie. To jest moja opinia, człowieka niezbyt wprawionego w horrorach, takiego, którego wszystko przeraża, więc jest też możliwość, że jest to film słaby, aczkolwiek słyszałam niejeden przerażony głos na sali, także może jednak coś strasznego w tym filmie znajdziecie.
Elsa bawiąc się z siostrą niechcący zraniła ją swoją
mocą. Od tamtej pory księżniczka odcina się od Anny chcąc ją chronić, a bramy
zamku zostają zamknięte. Kilka lat później rodzice dziewcząt wyruszają w
podróż, ale z niej nie wracają. Elsa zostaje królową Arendelle, lecz podczas
balu przez przypadek ujawnia swoją moc. Ucieka, ale królestwo ogarnęła zima.
Anna wyrusza na poszukiwanie siostry. Przy okazji spotyka Chrisa oraz Olafa,
którzy jej towarzyszą.
Mam wielką słabość do bajek Disney'a, zarówno tych
klasycznych, jak i zupełnie nowych. Ta ma motyw zaczerpnięty nieco z
"Królowej śniegu" Andersena, jak gdzieś wyczytałam, ale jest zupełnie
inna, niż ta baśń.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, a właściwie w
uszy, to muzyka. Bajki Disney'a mają to do siebie, że mnóstwa piosenek
zabraknąć nie może. W tym przypadku zakochałam się w wielu z nich. W połączeniu
z obrazem tworzyły mieszankę wybuchową (czytaj: kilka razy zdarzyło mi się
płakać, nawet jak śpiewano "...ulepimy dziś bałwana..." xD).
Skoro już mowa o wrażeniach wizualnych: naprawdę
dobra grafika, wiele momentów było wręcz zachwycających. Żałuję, że nie było mi
dane oglądać tego w 3D, bo chyba bym się rozpłynęła w zachwycie.
Nie brakło tutaj scen wzruszających, ani
humorystycznych. Na przemian płakałam i śmiałam się, bez przerwy.
Nie mam nic więcej do dodania, nad grą aktorską
rozwodzić się nie mogę tym razem, więc powiem tyle: bajka bo bajka, ale
zachęcam nie tylko tych najmłodszych do obejrzenia tej historii o tym, jak
silna może być siostrzana miłość, starsi również będą się dobrze bawić.
SPOILER - KTO OGLĄDAŁ NIECH ZAJRZY, BO MAM PYTANKO...
[Zaznacz tekst, by go zobaczyć]
Dlaczego Hans zdradził Annę dopiero pod koniec? Tzn on chciał
się pozbyć obu sióstr, a jak Elsa była na celowniku, to ją uratował... Nie
rozumiem po co, skoro niedługo potem chciał się jej pozbyć. Można by
wytłumaczyć, że chciał, żeby najpierw "odczyniła" zimę, ale później
nadal było biało w Arendelle, a on próbował ją zabić... Pominęłam jakiś
szczegół, który czyniłby ten wątek spójnym? Proszę o odpowiedź, bo mnie to
męczy... :)
Katniss i Peeta jadą na tournee po
dystryktach jako zwycięzcy Głodowych Igrzysk. Nie wiedzą jednak, czym się stali
dla ludzi mieszkających w nich, którzy dostrzegli w niej nadzieję. Rząd widzi w
dziewczynie zagrożenie i chce się jej pozbyć. Wysyła więc ją po raz kolejny na
arenę, by walczyła o życie, lecz ta walka nie jest równa, a przed dziewczyną
stoi ogromne wyzwanie.
Tak, tak, wiem... Najpierw
książka, łamię swoją najważniejszą zasadę, ale co zrobić, gdy film mogę
obejrzeć teraz, a książki przeczytać jeszcze niestety nie mogę? No dobrze, ale
przejdźmy do recenzji.
Katniss nic się nie
zmieniła - nadal jest odważna, ma cięty język, martwi się o rodzinę i
przyjaciół, ale i nie zgadza się na to, co dzieje się w państwie, w którym
przyszło jej żyć, przez co staje się zarzewiem buntów. Nie znam książkowej
wersji dziewczyny, ale ta mi przypadła do gustu. Jennifer Lawrence, która
wcieliła się powtórnie w tę postać, nie mam nic szczególnego do zarzucenia. Jej
gra aktorska może nie powaliła mnie na kolana, ale nie było źle - miała swoje
momenty, w których była bardzo przekonywująca, ale i takie, gdy wydawała się
nieco, tak odrobinkę drętwa. Niemniej myślę, że poradziła sobie z wyzwaniem,
które przed nią postawiono.
Zdecydowanie na uwagę
zasłużył Woody Harrelson oraz Elizabeth Banks - to oni najbardziej mnie ujęli
swoją grą. Już w pierwszej części polubiłam obie postaci, w które się wcielali,
a teraz, po drugim filmie z serii, tylko spotęgowali moją sympatię do nich.
Akcja jest bardzo
dynamiczna, cały czas na ekranie coś się dzieje. Chwila odpoczynku? Gdzie tam!
Takie rzeczy mi pasują, nie miałam czasu się nudzić. Szkoda, że uśmiercono
pewnych bohaterów, których zdążyłam polubić, mimo iż nie przebywali długo na
ekranie. Myślałam, że dostanę odgrzewanego kotleta, że akcja z pierwszej części
będzie się powtarzać. Na szczęście się myliłam.
Wiecie, że zwracam dużą
uwagę na przewidywalność, czy to w filmach, czy to w książkach... Niestety,
przewidziałam kilka szczegółów, choć na szczęście nie wszystkie. I tak pod
koniec zbierałam szczękę z podłogi - skutki nie czytania książki, jak sądzę.
Wcześniej, w środku akcji, również nie raz dałam się zaskoczyć, a osoby obok
mnie musiały mieć niezłą komedię, bo na każdy głośniejszy, niespodziewany
dźwięk podskakiwałam. Nie wiem czemu... Ekscytacja połączona z zaskoczeniem?
Może.
Muzyka i udźwiękowienie
były idealne. Momentami od nich samych przechodziły mnie dreszcze - nie, nie ze
strachu :) Ujęcia nie były jakieś "nowatorskie", czyli takie jak
lubię - bez sztuczek, bez kombinowania. Cóż, przynajmniej jak dla mnie, bo na
tym to znam się średnio. Na uwagę zasługuje również sceneria, która okazała się być dopracowana w każdym calu i mimo swego niebezpieczeństwa (a może dzięki temu) robiła wrażenia.
Uwielbiam ubrania Katniss,
gdy jest już w Kapitolu, zarówno z pierwszej jak i z drugiej części. Musiałam
to napisać!
Ogólnie zachęcam do
obejrzenia wszystkich, którzy widzieli pierwszą część (a nawet tych, co nie
widzieli - moja koleżanka tak oglądała i też jej się podobało :)), bo warto!
Mam nadzieję, że szybko wyjdzie kolejna część, bo jest kilka spraw, których
rozwiązania chciałabym już poznać.
Zdobywca Oscara
Andrzej Wajda przedstawia historię wielkich przemian, która przetoczyła się nie
tylko przez zebrania partyjne, wiece i Okrągły Stół, ale także przez jedno z
mieszkań na gdańskim osiedlu z wielkiej płyty. Reżyser wdzierając się w
prywatność, nawet intymność związkowego przywódcy próbuje uchwycić fenomen
przemiany prostego, skupionego na codzienności człowieka w charyzmatycznego
przywódcę. To opowieść o mężu, ojcu, prostym robotniku, który wyzwolił ukryte w
sercach milionów ludzi marzenie o wolności.
- filmweb.pl
Przyznam,
że niekoniecznie był to film, na który koniecznie chciałam iść, ale dobrze się
stało, że w końcu wylądowałam na fotelu w kinie. Mogę stwierdzić, że warto było
przeczekać te 20 minut (tak, 20 z zegarkiem w ręku...) reklam na film :)
Akcja
filmu może nie była przez cały czas porywająca, były momenty nieco nudne,
przynajmniej jak dla mnie. Niemniej przez większą część trwania seansu czułam
się zaciekawiona przedstawianą na ekranie historią. Nie wiem, na szczęście, jak
to wyglądało "w oryginale", ale z tego, co dowiedziałam się na własną
rękę mogę uznać, że film ten dobrze odwzorowywał ówczesną rzeczywistość. Sam w
sobie nie był straszny. Najstraszniejszy był fakt, że to się działo naprawdę.
Ale za razem film był piękny. Dlaczego? Bo pokazywał, że nawet jak wszystko
wydaje się być beznadziejne, to odwaga i wiara robią cuda. Mogę zapewnić, że
kilka razy byłam bliska wzruszenia.
Uważam,
że obsada została dobrana wręcz wyśmienicie. Nie mam żadnych zastrzeżeń do ich gry.
Tak naprawdę to jestem pod wrażeniem tego, jak podołali postawionemu przed nimi
zadaniu.
Podobała
mi się ścieżka dźwiękowa. Muzyka była doskonale dobrana do filmu, w
odpowiednich momentach puszczana została odpowiednia piosenka potęgując
wrażenia - czyli wszystko tak, jak powinno być.
Nie wiem, co mogę jeszcze
napisać o tym filmie. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że zachęcam wszystkich
do zapoznania się z tym filmem. Może nie zobaczycie tutaj zbyt wiele efektów
specjalnych, ale nie są one potrzebne, by stworzyć świetny film!
Landon to najpopularniejszy
chłopak w szkole. Razem z paczką przyjaciół robią tragiczny w skutkach dowcip,
za co zostaje zwerbowany do przedstawienia. Jest zmuszony poprosić o pomoc
Jamie, córkę pastora, dziewczynę, która mimo pozytywnego nastawienia do świata
jest wyśmiewana przez rówieśników. Chłopak pod jej wpływem zmienia się, ale
okazuje się, że Jamie ma swoją tajemnicę, która może wpłynąć na ich dalsze
życie.
Jakiś czas temu czytałam "Jesienną miłość" pana Sparksa. Zachciało mi się od razu obejrzeć film, więc zdecydowałam się odświeżyć sobie
pamięć. Tak więc przygotowałam sobie pełną paczkę chusteczek i zasiadłam do
oglądania.
Pierwsze, co rzuca się w
oczy, to fakt, że ekranizacja jest prawie w 100% różna od książki. Co prawda
nie znoszę tego, aczkolwiek w tym wypadku jestem zmuszona by zrobić wyjątek.
Książka była stosunkowo krótka i nie działo się tam nic ponad to, co
najważniejsze. W filmie dodano trochę wątków, co nieco zostało zmienione, ale
główny zamysł pozostał. Z bólem serca muszę przyznać, że tym razem to film
przebił książkę. Akcja była ciekawsza, było więcej wątków, jak na przykład
budowanie teleskopu czy chociażby sam początek - przyczyna tego, przez co
dwójka głównych bohaterów się poznała.
Aktorzy zostali dobrani
bardzo dobrze, a zagrali wręcz świetnie. Jeśli chodzi o bohaterów, to zostali
wykreowani właściwie tak, jak w książce, czyli główny zamysł pozostał - wielki
plus. Myślę, że nikt nie zagrałby lepiej w tym filmie, niż ci, którzy zostali
wybrani.
Nie było żadnych
"nowatorskich" metod filmowania, ale mimo to film został bardzo
dobrze nakręcony. Czasem prostota jest najlepsza, szczególnie w takich filmach.
Jeśli chodzi o zużycie
chusteczek... Nie przeleciało pół filmu, a już byłam cała zasmarkana...
Płakałam jeszcze zanim Jamie powiedziała, że jest chora, potem to już było
tylko gorzej (lub lepiej, zależy jak na to patrzeć). Na książce uroniłam jedną
czy dwie łzy i tyle. Za to film tak mi grał na emocjach, że paczka chusteczek
skończyła mi się zanim film się skończył.
Tematyka, może być nieco
banalna - chcecie wyciskacz łez? Dajmy chorego i wielką miłość. Może trochę tak
jest, ale naprawdę, oglądając ten film zupełnie się o tym nie myśli. Mam jedno
zastrzeżenie, no, może nie zastrzeżenie, ale malutką uwagę, która tyczy się i
książki i filmu. Mianowicie, wydawało mi się, że mimo tej tragedii, jaką jest
choroba, całość była taka idealna. Idealna miłość, idealna córka, idealna
przemiana. Trochę to według mnie nierealistyczne, ale to może dlatego, że (na
szczęście) nie spotkałam się z takim przypadkiem w prawdziwym życiu.
Uważam, że film jest bardzo
dobry, zdecydowanie wart obejrzenia. Co prawda wrażliwi będą płakać jak bobry,
może i ci twardsi też się rozkleją, ale wierzcie mi - warto czasem popłakać.
Logan jest żołnierzem
na misji w Iraku. Przypadkiem znajduje zdjęcie dziewczyny pośród ruin. Okazuje
się, że to ratuje mu życie. To samo dzieje się kilka razy, cudem przeżywa, gdy
inni giną. Po powrocie do domu poszukuje tajemniczej kobiety ze zdjęcia.
Jak już się
wzięłam za oglądanie filmów, to nie umiem przestać... Tym razem trafiło na
kolejną ekranizację powieści Sparksa. Nie wiem, dlaczego się nimi torturuję -
na każdej jak na razie płakałam, a mimo to je oglądam. No, ale tym razem nie
było idealnie...
Zaca Efrona
znałam właściwie tylko z High School Musical. Nie wiedziałam, jak się spisze w
tym filmie, i... zostałam mile zaskoczona. Może jego gra to nie był szczyt
moich marzeń, aczkolwiek uważam, że mogło być o wiele gorzej. Według mnie
najlepszą robotę odwalił najmłodszy z obsady - Riley T. Stewart, oraz
najstarsza - Blythe Danner. Mimo, że nie byli głównymi postaciami, jakoś
najbardziej ich polubiłam.
Nie mam nic do
zarzucenia żadnemu z aktorów. Choć nie było może w 100% idealnie, to dali radę.
Mam jedną,
wielką rzecz do zarzucenia: strasznie przewidywalny film. Nie doszłam jeszcze
do połowy, a już miałam w głowie swój scenariusz głównych elementów, które się
mogą znaleźć. I znalazły się... Jak dla mnie jest to wielką wadą tego filmu.
Nic mnie nie zaskoczyło, niby zwroty akcji były, ale ja się ich domyśliłam
jakiś czas wcześniej. Pod tym względem rozczarowałam się na ekranizacji. I tu
pytanie do tych, co czytali książkę: czy papierowa wersja również jest tak
przewidywalna? Ja już tego pewnie nie stwierdzę, gdyż jak zwykle łatwiej mi
było zdobyć film niż książkę, ale nie wiem, czy warto ją czytać.
Mimo
przewidywalności nie sposób było się oderwać od ekranu. Oprócz tego schematu,
który sobie nakreśliłam w głowie, pojawiło się dużo wątków dodatkowych, które
urozmaicały film. Skoro coś jest przewidywalne, to musi być nudne? No, nie w
tym przypadku. Bardzo przyjemnie się oglądało. Oprócz tego znowu poszło kilka
chusteczek, tym razem mniej, niż na poprzednim filmie Sparksa, ale zawsze.
Film może nie
był arcydziełem, jak widać mam trochę zastrzeżeń, aczkolwiek mimo wszystko
zachęcam do obejrzenia. Myślę, że nie będziecie żałować. Ja nie żałuję ani trochę.
No, chyba że tego, że nie przeczytałam najpierw książki.
Scenariusz: Mark Heyman, John
J.McLaughlin, Andres Heinz
Czas trwania: 108 min.
Premiera: 21.01.2011 (Polska),
1.09.2010 (świat)
Obsada:
Natalie Portman - Nina Sayers
Mila Kunis - Lily
Vincent Cassel - Thomas Leroy
Barbara Hershey - Erica Sayers
Nina jest baletnicą, stara się
dostać główną rolę w "Jeziorze łabędzim". Jest to trudna rola,
ponieważ polega na zagraniu białego i czarnego łabędzia. Dziewczyna ma problem
z perfekcyjnym zatańczeniem tej drugiej wersji, nie potrafi się zatracić w
ruchach. Mimo to udaje jej się dopiąć swego i otrzymuje rolę. Jednak Nina jest
przekonana, że ktoś chce jej ją odebrać i jest w stanie zrobić wszystko, by do
tego nie doszło.
Film chciałam już od dawna
obejrzeć, aczkolwiek nieco się bałam. Czego? Otóż jestem dość wrażliwa na sceny
z krwią. Nie dotyczy to wszystkiego, z jakiegoś powodu mi wystarczy, żeby
główna bohaterka zacięła się głębiej nożem i już trochę mięknę, a sceny strzelaniny
mogę oglądać bez mrugnięcia okiem. Po streszczeniu filmu przez rodziców
wiedziałam, że może być dla mnie trochę zbyt... Zbyt trudny, zbyt mocny, po
prostu nie na mój wiek. Odważyłam się jednak niedawno go obejrzeć i oto, co mam
na jego temat do powiedzenia.
Obsada jest świetnie
dobrana. Nie widziałam zbyt wielu filmów z Natalie Portman mimo, że ma ich na
swoim koncie całkiem pokaźną sumę. Mam zamiar jednak nadrobić zaległości, bo
jeśli we wszystkim zagrała tak, jak w tym, to jest naprawdę świetną aktorką.
Genialnie zagrała dziewczynę oszalałą z pasji (choć nie tylko z tego).
Komplementy można by też prawić Mili Kunis, która, miałam wrażenie, musiała
zagrać dwie różne osoby - prawdziwą Lily i Lily widzianą oczami Niny.
Miałam rację, co do tego, że nie powinnam oglądać tego filmu
wcześniej. Zdarzały się sceny, na które patrzyłam przez palce - powód wyżej.
Pewnie jestem trochę przewrażliwiona, więc nie przejmujcie się tym tu zbytnio,
aczkolwiek w moim odczuciu film ma kilka naprawdę mocnych scen. Mimo to, akcja
jest naprawdę ciekawa, widzimy drogę Niny do obłędu przez chęć bycia
perfekcyjną. Dziewczyna traci siebie na rzecz łabędzia, którego tak usilnie
stara się zagrać. Film jest nieco pogmatwany, ale nie na tyle, by się można
było pogubić. Są zaskakujące sceny, niekiedy są też takie, które możemy
zrozumieć dopiero pod koniec filmu. Nie sposób się oderwać od oglądania tej
produkcji.
Przez większość akcji w tle
słyszymy melodie z "Jeziora łabędziego", które w 100% pasowały mimo,
że gdybym tego nie usłyszała w filmie, powiedziałabym, że nie powinny się
pojawić w niektórych scenach, na przykład w klubie. Ta muzyka jednak cudownie
dopełniała film, nie wychodząc na pierwszy plan.
Wiem, że obrazki pozostawiają wiele do życzenia, ale chciałam Wam choć trochę przybliżyć te dwie sceny - jedne z moich ulubionych :)
Ciekawie zostały niektóre sceny, gdy siedzimy na
ogonie głównej bohaterce, idziemy za nią krok w krok.
Choć nie było wielu efektów
specjalnych, te, które się pojawiły, były zachwycające.
Zazwyczaj recenzje piszę
"na świeżo". W tym przypadku musiałam odczekać jakiś czas, ponieważ
byłby tu jeden wielki chaos. Choć już trochę czasu minęło, to nadal jestem pod
wrażeniem tej produkcji. Nie wiem, czy zrozumiałam ten film w 100%, ponieważ do
łatwych nie należy, aczkolwiek myślę, że w dużej części jednak to zrobiłam. To
w pewnym sensie jest piękny, a zarazem straszny film, który pokazuje dążenie do
perfekcji graniczące z obsesją, za wszelką cenę. Delikatny balet kontrastuje z
wydarzeniami, które oglądamy. Zachęcam do obejrzenia, ale osoby powyżej 15 lat,
a może jeszcze starsze.