niedziela, 2 lipca 2017

#209 Gra o jedno życzenie - "Caraval. Chłopak, który smakował jak północ"

  Scarlett i Tella całe życie mieszkały na wyspie, całkowicie podporządkowane okrutnemu ojcu. Zaaranżowane małżeństwo, jakie ma zawrzeć Scarlett z człowiekiem, którego zna jedynie poprzez listy, jest dla sióstr jedyną szansą na ucieczkę, przynajmniej do czasu, gdy w ich ręce dostają się trzy zaproszenia od Mistrza Legendy na Caraval, grę, w której stawką jest spełnione marzenie. Pomoc siostrom ofiaruje czarujący żeglarz, Julian. Na wyspie Tella zostaje uprowadzona, a jej odnalezienie staje się celem gry. Scarlett musi to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce zdążyć na własny ślub. Trudność polega jednak na tym, że na Isla de los Suenos nikomu nie można zaufać, każdy może zdradzić. 


   Koncepcja powieści wydaje mi się być dość oryginalna. Autorka stworzyła świat baśniowy, wręcz jak ze snów - zgodnie z nazwą wyspy. Ta atmosfera była wyczuwalna przez całą historię. Jednak nie wszystko było tu idealne. Mam kilka zastrzeżeń. Zacznę, jak zazwyczaj, od bohaterów. 

  Z jednej strony poznajemy uwodzicielskiego Juliana, nieco zuchwałego młodzieńca, który przykuwa uwagę swoją złożonością. Oprócz tego tajemniczy Mistrz Legenda, znany z opowieści, obiekt zainteresowania ze względu na swoje zdolności. Z drugiej zaś otrzymujemy z lekka irytujące rodzeństwo, z którego jedna bohaterka jest tą główną. Scarlett ulega opiekuńczemu instynktowi wobec swojej siostry i to on ją napędza przez całą powieść. Ta siostrzana miłość w pewnym momencie zrobiła się, dla mnie, mdła, przesadzona. Dodatkowo dziewczyna jest dumna, a przy tym jednocześnie niezaradna życiowo, czym również budziła moją irytację. 
Tak naprawdę to drugoplanowi bohaterowie są tymi, którzy zasługują na więcej uwagi. Oni są tymi, którym nie można zaufać, którzy zaskakują, są dynamiczni. Gdyby nie oni, całą powieść spowiłaby nijakość.

   Zamysł autorka miała bardzo ciekawy, jak już wspomniałam wyżej. Potencjał został dość dobrze wykorzystany. W momentach, gdy zaczynałam się nudzić, zawsze coś przykuwało na nowo moją uwagę. Zaskakujące było też dla mnie zaskoczenie, którego przebiegu nijak nie przewidziałam. Do ideału brakowało mi tylko takiego dopracowania, rozwinięcia wątków, na przykład dotyczącego tajemnic jako waluty. Miałam nadzieję, że powieść pójdzie trochę w tę stronę, obracając co nieco z tego, co Scarlett wyznała, przeciwko bohaterce, a jednak tego zabrakło, przez co wątek ten stał się, według mnie, niepotrzebny... 
Źródło
  Akcja na ogół trzyma dobre tempo, mniej wciągające momenty, mimo iż się zdarzały, nie wpływały drastycznie na moją chęć do poznawania dalszej historii. 

  Reasumując, powieść nie jest zła. Ideałem bym jej z
pewnością nie nazwała, wybitną literaturą tym bardziej. Jednak jako młodzieżówka na odstresowanie się sprawdziła. Myślę, że jeśli ktoś podejdzie do niej właśnie w ten sposób, bez nastawiania się na ambitną pozycję, to nie będzie zawiedziony.


Ocena: ★★★★★★✰✰✰✰

Tytuł: Caraval. Chłopak, który smakował jak północ
Oryginalny tytuł: Caraval
Seria: Caraval
Autor: Stephanie Garber
Wydawnictwo: Znak
415 stron 


P.S. 
Mam nadzieję, że mój wywód jest zrozumiały :D Cierpię (znów -.-) na niemożność logicznego pisania, szczególnie przy tej powieści, która zostawiła mnie z nieco sprzecznymi opiniami. Żyję myślą, że jednak sens moich wypocin gdzieś tam można odnaleźć :) 

środa, 28 czerwca 2017

#208 "Prawie jak gwiazda rocka"

  Pokochałam młodzieżowe książki Quicka za ich okładki, proste i śliczne. Dwie poprzednie pozostawiły po sobie same dobre wspomnienia, szczególnie "Wybacz mi, Leonardzie", która zajmuje jedno z czołowych miejsc wśród moich ulubionych książek. "Prawie jak gwiazda rocka" graficznie nie ustępuje pozostałym książkom, jednak co do wnętrza mam już duże zastrzeżenia...

Źródło
  Amber Appleton mieszka w szkolnym autobusie po tym, jak kolejny związek matki nie wypalił i obie wylądowały na ulicy. Mimo przeciwnościom nie traci nadziei i wiary w JC, który, jak mówi, jest prawie jak gwiazda rocka. Swoją postawą zaraża szczęściem staruszków w domu spokojnej starości, co tydzień pokonując Joan Sędziwą, staje na czele Chrystusowych Diw z Korei i jest członkiem Fantastycznych Fanatyków Franksa. Mimo, że życie próbuje ją złamać, optymizm tryskający z dziewczyny pomaga jej pokonać wszystkie przeszkody.

  Czytałam kilka obyczajowych powieści, które wywarły na mnie wrażenie. Nie jest więc całkiem tak, że taka literatura mnie odpycha i z zasady jej nie lubię. Ta jednak zalicza się do tych, za którymi nie będę tęsknić. Akcja była bardzo jednostajna, nie było niemal żadnych momentów, w których chciałabym przeczytać słynny "jeszcze jeden rozdział". Przez zdecydowaną część powieści się nudziłam czytając. Dodatkowo wszystkie rzeczy, za które Amber się zabierała, były jakby na siłę "ulepszane" przez nadanie chwytliwych, jak miało zapewne być, nazw - patrz akapit wyżej. 
Powieść porusza motyw wiary, która została przedstawiona pięknie - dodająca nadziei i siły, bliska bohaterce. Miało to bardzo pozytywny wydźwięk, co jest jedną z niewielu rzeczy, które mi się w tej powieści podobały. 

  Co mi mniej przypadło do gustu to Amber, a dokładniej jej sposób wypowiadania się. Powieść jest bowiem napisana tak, jakby dziewczyna opowiadała historię bezpośrednio czytelnikowi. I sama taka koncepcja nie jest zła. Przeszkadzał mi język, którym to robiła. Tak jak wyżej, miałam odczucie ulepszania na siłę, wciskania "ziom" czy "bez kitu"  wszędzie, co mnie bardzo denerwowało. Wszystko, o czym Amber myślała też było spłycane, co z jednej strony charakteryzowało bohaterkę, pokazywało jej luzackie podejście do życia, a z drugiej infantylizowało ją i zwyczajnie irytowało mnie, jako czytelnika. Plusem jest jednak, że ani Amber, ani żaden inny bohater nie byli zwyczajni, wszyscy się wyróżniali. Każdy był wyjątkowy i mocno zarysowany, a główna bohaterka była tak pozytywna, jak chyba żadna inna, o jakiej miałam okazję czytać. 

  Nie była to książka całkiem stracona, jednak liczyłam na więcej od tego autora. Jest to miła odmiana, poczytać coś tak optymistycznego, co nie sprawia, że wszystko, co mi przeszkadzało, znika. Mimo słabej oceny, którą uważam za sprawiedliwą, nie odradzam lektury. Może u Was zasłuży na więcej gwiazdek? 

Ocena: ★★★★✰✰✰✰✰✰
Tytuł: Prawie jak gwiazda rocka
Oryginalny tytuł: Sorta like a rock star
Seria: -
Autor: Matthew Quick
Wydawnictwo: Otwarte
376 stron

poniedziałek, 19 czerwca 2017

#207 Powstaniemy. Czerwony niczym świt - "Czerwona królowa"

źródło
  Blogosfera, zdaje się, pokochała tę powieść. Ocena na Lubimy Czytać to potwierdza. Koleżanki zachęcały do sięgnięcia po tę książkę. I w końcu stało się - dorwałam "Czerwoną królową" i, jako że okoliczności były sprzyjające, od razu zabrałam się do lektury. 

  Mare jest Czerwona - kolor jej krwi sprawia, że dziewczyna zaliczana jest do warstwy służących. Niedługo jednak zegar wybije jej pełnoletność, a ona, poza byciem drobnym złodziejem, nie ma wyuczonego zawodu, co oznacza wyjazd na wojnę. Jedna kieszeń, do której wślizgnęła się jej ręka, odgania jednak, choć na chwilę, wiszące nad Mare widmo śmierci. Dziewczyna trafia między Srebrnych, ludzi u władzy, posiadających dodatkowe, nadprzyrodzone talenty, a przy okazji poznaje również prawdę o sobie. Prawdę, która może zostać użyta przeciwko innym Czerwonym, lub odmienić ich los. Okazuje się bowiem, że kolor krwi nie decyduje o sile drzemiącej w człowieku, a dyktatura Srebrnych ma szansę zostać obalona. Pytanie brzmi, komu można przy tym zaufać.
"Powstaniemy. Czerwoni niczym świt."

  Z jednej strony pomysł autorki bardzo przypadł mi do gustu i jego potencjał został dobrze wykorzystany. Z drugiej zaś mam gdzieś z tyłu głowy "to już było". Nie jestem w stanie podać tytułów, ale ogólny szkielet powieści, mam wrażenie, jest dość typowy. Biedna dziewczyna o przesądzonym losie, nagle jej życie się odmienia, a ona sama okazuje się być kimś wyjątkowym.
Niemniej, tak jak wspomniałam, to tylko szkielet. Autorka dobudowała do tego pomysłu porywającą fabułę, wciągający świat przedstawiony i ubarwiła go nietuzinkowymi bohaterami. Wyszło to, co musiało z takiej mieszanki - świetna powieść, z której czytelnik nie jest w stanie się wyrwać nawet po przewróceniu ostatniej strony. 

źródło
  Bohaterowie na początku wydają się być jasno zdefiniowani, widać kto jest dobry, kto zły. Co jednak mnie zaskoczyło to to, że autorka zdecydowała się nadać im wiele odcieni szarości - w trakcie czytania zdarza się zmieniać zdanie na temat postaci wraz z ich kolejnymi decyzjami, czasem ich jednoznaczna ocena nie jest możliwa, ze względu na różne okoliczności, jakie im towarzyszą. To sprawia, że wydają się o wiele bardziej prawdziwi. Dodatkowo, autorka zadbała o elementy zaskoczenia, które zostawiły mnie ze szczęką na podłodze.

  Jak już może niektórzy z Was kojarzą, jestem wielką fanką bohaterskich czynów, poświęcenia, takich z góry przesądzonych akcji podejmowanych w imię większego dobra. To jednak łatwo przedobrzyć, a wtedy nawet ja potrafię się "pacnąć" w czoło. Tu oddaję autorce należne honory, bo dostałam wystarczająco tego, co tak uwielbiam, bez przekraczania magicznej granicy. Nie zawiodło również dynamiczne tempo akcji. Całą powieść dopełniło zakończenie, które zakwestionowało wszystko, czego się dowiedzieliśmy przez podróż przez kilkaset stron. Sprawiło ono, że moja ciekawość została rozbudzona i z niecierpliwością wyczekuję magicznego momentu, w którym położę moje tłuściutkie łapki na kolejnym tomie. 


Ocena: ★★★★★★★★★★
Tytuł: Czerwona królowa
Oryginalny tytuł: Red Queen 
Seria: Czerwona królowa
Autor: Victoria Aveyard
Wydawnictwo: Otwarte
488 stron 

|Czerwona królowa|Szklany miecz|Królewska klatka|

sobota, 10 czerwca 2017

#206 Za górami, za lasami, żyła sobie Mała Królowa - "Baśniarz"

  "Baśniarz" to jedna z tych powieści, których szukałam długo, po czym gdy już była w moich rękach powędrowała na półkę, gdzie długo grzała miejsce. Gdy w końcu przyszedł na nią czas moje oczekiwania były ogromne - średnia ocen na Lubimy Czytać to nieco ponad 8. Tym większe było moje rozczarowanie...

  Abel Tannatek, szkolny dealer i outsider, przykuwa uwagę Anny, przykładnej dziewczyny z dobrego domu. To jej pozwala on poznać swoje drugie oblicze troskliwego opiekuna siostry podczas nieobecności matki, która zniknęła w tajemniczych okolicznościach, i utalentowanego baśniarza. Baśń, którą snuje, jest jednak czymś więcej, niż tylko opowieścią. W międzyczasie w miasteczku dochodzi do kilku tajemniczych morderstw, a Anna nabiera coraz większych wątpliwości co do tego, czy chłopak, którego pokochała, jest na pewno tym, za kogo go brała.


  Pomysł na książkę wydaje się być świetny. Autorka pokazała historię opuszczonego przez rodziców rodzeństwa i brata walczącego o prawo opieki nad siostrą. Motyw baśni też był niezwykle obiecujący. Problem w tym, że książka ciągnie się niemożliwie przez większość stron, historia płynie jednostajnym tempem, nawet morderstwa które się przewinęły nie wpłynęły na dynamikę. Podczas czytania nie odczuwałam niemal żadnych emocji, chciałam wręcz, żeby w końcu móc odłożyć tę książkę i zacząć coś ciekawszego. Tak było do mniej więcej dwóch ostatnich rozdziałów. Zakończenie książki okazało się świetne, wyjaśniło wszystko i zagrało mi w końcu na emocjach. Opowiadana baśń również nabrała sensu w tych sprawach, które były dla mnie niezrozumiałe przez większość powieści. Zakończenie to jednak za mało, żeby całą powieść ocenić dobrze. 
  Z bohaterami jest natomiast tak: albo są świetnie wykreowani, albo są irytująco kiepscy. Dobrze wykreowany był właściwie jedynie Abel, który miał mnóstwo twarzy, które powoli odkrywał przed czytelnikiem, a i tak nie wiadomo było czy jest prawdziwa. Z Anną jest natomiast problem taki, że dziewczyna jest bardzo naiwna, przez co irytuje czytelnika, i brak jej jakiejkolwiek cechy, przez którą poczułabym cokolwiek więcej aniżeli tylko niechęć wobec niej. Pojawiający się bohaterowie drugoplanowi na ogół nie byli wykreowani w żaden szczególny sposób, nie za dużo się o nich dowiadujemy mimo, że niektórzy dla fabuły byli znaczący. 

 
Język autorki byłby całkiem w porządku, gdyby była ona w stanie zbudować nim napięcie czy dopasować sposób wypowiedzi bohaterów do ich wieku (przykład - Michi, siostra Abla, której wypowiedzi były według mnie zbyt dziecinne). Poza tym był on dość plastyczny i widać potencjał, jaki w tej powieści był zawarty.

OCENA: ★★★★★✰✰✰✰✰
Tytuł: Baśniarz 
Oryginalny tytuł: Die Märchenerzähler 
Seria: -
Autor: Antonia Michaelis
Wydawnictwo: Dreams
400 stron

wtorek, 6 czerwca 2017

Recenzja #205 "Obca" przerwana egzystencjalnymi rozkminami osobnika na rozdrożu

Książki Diany Gabaldon widziałam na półkach księgarnianych i za każdym razem spoglądałam na nie z ciekawością i podziwem - w końcu napisanie tylu tomów o znaczącej objętości to nie lada wyczyn. Nie odczuwałam jednak nadzwyczajnej chęci do zapoznania się z twórczością owej autorki do czasu obejrzenia serialu. Po nim "Obca" stała się numerem 1. na mojej liście książek poszukiwanych. Czy warto było poświęcać na nią cenny czas maturzysty?



II wojna światowa dobiegła końca. Claire wraz z mężem po czasie rozłąki udają się w podróż do Szkocji. Dla kobiety wycieczka ta staje się szybko czymś więcej za sprawą tajemniczego Craigh Na Dun, skąd przenosi się wprost do XVIII wieku. Zmuszona przystosować się do nowego życia, musi wybierać między przyrzeczoną niegdyś wiernością Frankowi w powojennym świecie, a miłością znalezioną u boku młodego Szkota w miejscu pełnym niebezpieczeństw czyhających na młodą kobietę.

Myślę, że bohaterowie w tej powieści są jednymi z ciekawszych tworów, z jakimi się dotychczas spotkałam. Szczególnie warta uwagi jest oczywiście główna bohaterka, jako niezależna, XX-wieczna kobieta wrzucona w rzeczywistość, w której przypisana jej rola jest niewielka. Dodatkowo, fakt, że jest Angielką wrzuconą między wrogich, wydawałoby się, Szkotów, jest ciekawym elementem w historii. Podobała mi się jej niezależność i odwaga, raczej niepasująca do stereotypowego wizerunku damy. Autorka nie skupiła się jednak tylko na niej. Przez powieść przewija się wiele postaci, z czego najważniejsi są stworzeni z podobną dbałością. Plus za to, że nikt nie jest bezbarwny, wszyscy wydają się być niezwykle prawdziwi, a czytaniu towarzyszą emocje budzone przez nich właśnie.
Akcja, mimo ciekawego pomysłu, się trochę ciągnie. Do mniej więcej połowy czułam, że powieść mnie wciąga, przy drugiej części natomiast moje zainteresowanie powieścią słabło. Jest to o tyle dziwne, że autorka raczej nie daje bohaterom chwili wytchnienia. Prawda jest jednak taka, że czytanie sprawiało mi stopniowo coraz mniej przyjemności, a czas pozostały do ostatniej strony nieco mi się dłużył. Ta powieść to romans historyczny, co zapewne ma znaczenie jeśli chodzi o ilość scen intymnych. Jednak, nawet biorąc to pod uwagę, jak dla mnie było ich zbyt dużo. Częstotliwość ich występowania mogła być jednym z czynników wpływających na moje lekkie znużenie. 
Nie chcę, żebyście uznali jednak, że ta powieść jest nudna jak flaki z olejem - nie, do tego jest jej daleko. Autorka potrafi zbudować napięcie, opisywane wydarzenia są ciekawe i ogólnie patrząc książkę wspominam pozytywnie, a poziom mojego zaangażowania w powieść, mimo iż spadał, wciąż był na dość wysokim poziomie.

Ciekawie czytało się o tym, że XVIII-wieczny Szkot nie zna pewnym słów, które Claire musiała mu tłumaczyć. Ciekawie czytało się też przez mieszanie języka nieco zamierzchłego i współczesnego. Sposób wypowiedzi bohaterów był dość frywolny, bym rzekła, co ciężko mi ocenić - wyszło naturalnie, jednak jakoś jestem romantyczną duszą i nie było to coś, czego oczekiwałam. Ostatecznie jednak książkę zapamiętałam dobrze i nie żałuję czasu spędzonego nad tym tomiskiem.

Tytuł: Obca
Oryginalny tytuł: Outlander
Seria: Obca
Autor: Diana Gabaldon
Wydawnictwo: Świat Książki
709 stron ★★★★★★★✰✰✰

__________________________________________________________

Zastanawiałam się nad tym, czy recenzja, którą czytaliście, powstanie. Zastanawiałam się, czy jakakolwiek inna recenzja jeszcze kiedykolwiek powstanie. Dawno nie pisałam, nie wiem, czy nie zapomniałam jak to robić tak, by wychodziło z tego coś więcej aniżeli niezrozumiały bełkot. Ale spróbuję po raz kolejny powrócić do blogowej społeczności, raz jeszcze wkupić się w łaski wymagających książkoholików i tym razem, pozbawiona wymówki w postaci zbliżającej się matury, dać upust emocjom nagromadzonym przez słowo zamknięte w licznych (miejmy nadzieję) woluminach. A jako że ostatnio książki znów połykam bez przeżuwania przygotujcie się na więcej niż jeden post na pół roku! :) 

niedziela, 28 maja 2017

Językowo - English Matters podwójnie po raz kolejny

Kolejny raz miałam okazję zapoznać się anglojęzycznymi z magazynami wydawnictwa Colorful Media. Jeden z nich jest standardowy, drugi natomiast to wydanie specjalne dedykowane, jak mówi podtytuł, początkującym. Poniżej prezentuję krótką opinię o obu.
ENGLISH MATTERS - nr 64/2017
  
  Na początku powiem, że nie jest to mój ulubiony numer. Skupia się on bowiem na tematach, które nie są mi szczególnie bliskie. Należą do nich m. in. "Digital diplomas" czy "Dream Companies", choć ostatecznie udało mi się wykrzesać nieco entuzjazmu podczas czytania o zaletach pracy dla np. Google. Podobnie sprawy się miały przy artykule o brytyjskich wynalazcach, czy też innej, ciemniejszej stronie wymarzonej przez wielu Ameryki i rzeczach, o których zazwyczaj się nie myśli mając w głowie prawdziwy "American dream". 
  Jednakże nie mogę powiedzieć, że cały numer spisuję na straty. Otóż niezwykle interesujące dla mnie okazały się dwa artykuły. Jeden z nich był krótką wycieczką po najsławniejszych brytyjskich zamkach. Jestem fanką ruin i klimatycznych miejsc, a EM dał mi informacje, gdzie na Wyspach mogę ich szukać. Drugim był tekst o alternatywnych sposobach spędzania wolnego czasu. Propozycje zawarte w nim są interesujące na tyle, że byłabym chętna wziąć w jednym z nich udział - o co jednak chodzi, tego nie zdradzę :) 

  Informuję o tym zawsze, ale napiszę po raz kolejny - niektóre artykuły mają swoją wersję audio, pod każdym jest natomiast mini-słowniczek. Jakość tekstów, choć tematycznie w moje gusta nie trafiły, jest na wysokim poziomie. Magazyn ten z pewnością jest dobrym treningiem językowym. 

ENGLISH MATTERS FOR BEGGINERS - wydanie specjalne nr 22/2017
  Zgodnie z tytułem, widać różnicę poziomów między standardowym wydaniem a tym dla początkujących. Odniosłam wrażenie, że artykuły są faktycznie napisane łatwiejszym językiem i krótsze. Nie wpływało to jednak na jakość tekstów, jest wiele ciekawych - szczególnie, że jest ich więcej, niż zazwyczaj. Duża ich część jest również w wersji audio. 
  Co również wyróżnia prezentowany numer, to ćwiczenia, które pojawiają się kilka razy oraz duża ilość "grammar alerts-ów" oraz dodatkowego słownictwa. Widać, iż autorzy starali się dostosować poziom i przydatność dla mniej biegłych w języku, co mi, na nieco bardziej zaawansowanym poziomie, nie przeszkadzało, jednak nic nowego również nie wnosiło. 

  Wybrałam kilka ciekawszych artykułów, które najbardziej przykuły moją uwagę. Jeden z nich porównuje amerykanów z brytyjczykami - język to jedna z niewielu rzeczy, która łączy te dwa narody. Kolejnym jest tekst o interesujących zawodach, które istnieją, a nieczęsto są brane pod uwagę przy wybieraniu swojej ścieżki kariery. Moją uwagę przykuły również artykuły o Sherlocku Holmesie czy Nowym Jorku, jednak chyba najbardziej spodobał mi się ten o idiomach. 

  Myślę, że ten numer jest świetny dla, rzeczywiście, początkujących. Dla nieco bardziej zaawansowanych w "spikaniu" może to być niesatysfakcjonujące pod względem otrzymanych informacji w tekstach i dalszego poznawaniu języka. Ja użyłam tego numeru głównie do odsłuchiwania artykułów, bo lwia ich część była dostępna na nagraniach.



piątek, 10 marca 2017

Językowo: Z wizytą na wyspach raz jeszcze, czyli English Matters x2

Takie wydania lubię! Z dotychczas przeze mnie przeczytanych numerów EM, te dwa są chyba najlepsze. Niemal każdy artykuł był ciekawy, a ostatnią stronę przewróciłam ze zdziwieniem, że to już koniec. Postaram się Wam trochę przybliżyć treść owych magazynów, może i Wy znajdziecie w nich coś interesującego! 

ENGLISH MATTERS wydanie specjalne I <3 b="" british="" english="">
Co to był za numer! Brytyjski angielski to najpiękniejszy język na świecie, może podzielacie moje zdanie. Jeśli tak, to ten numer przypadnie Wam do gustu tak, jak mi, ponieważ można w nim znaleźć ogrom informacji na jego temat. Wiele z nich było dla mnie zaskoczeniem. Artykuły, które najbardziej mi się spodobały, to: 

1) "Noble Nuances - Behaviour of the Artistocracy", który przybliża czytelnikom co ciekawsze aspekty życia wyższych warstw społeczeństwa angielskiego na przestrzeni wieków. 
2) "Fancy a Game of Bowls on the lawn Old Boy?" - autor porusza kwestię różnic między brytyjskim i amerykańskim angielskim, przy okazji dorzucając kilka ciekawostek, nie tylko jeśli chodzi o samo słownictwo, ale również o historię czy ewolucję języka.
3) "Received pronunciation - a Posh British Accent". Szaleję za brytyjskim akcentem, więc ten artykuł bardzo mi przypadł do gustu. Dowiadujemy się z niego nieco więcej na temat tzw. BBC English, czyli najbardziej prestiżowym możliwym akcentem.

To mój top3 tego numeru, zainteresowanych pełnym spisem treści lub zakupem odsyłam na stronę wydawnictwa, o tu - Colorful Media

źródło: kiosk.colorfulmedia.pl
Teraz przejdźmy jednak do wydania regularnego, czyli

ENGLISH MATTERS nr 63

Artykułów, które zasługują na podium w tym numerze, jest naprawdę dużo, jednak do trójki wybrańców wybrałam: 

1) "BAFTA: British Film Royality", w którym autor przybliża nam nieco tę organizację oraz nagrody, które od 1949 roku są co roku przyznawane najwybitniejszym jednostkom świata filmu i telewizji
2) "The Riveting Rosa Parks" - ciekawy artykuł o ciekawej kobiecie. W interesujący sposób pozwala ją lepiej poznać i zrozumieć ówczesną sytuację.
3) "Bewitched with Salem". Kto nie słyszał o Salem? Chyba niewiele jest takich osób. Ale co faktycznie tam się wydarzyło, że to miejsce stało się tak słynne? Na to pytanie odpowiada jeden z obszerniejszych artykułów w numerze. 

Znowu tu Colorful Media znajdziecie pełny spis treści oraz możliwość kupna numeru. <- ci="" en="" i="" liwo="" mo="" nbsp="" numeru.="" p="" pe="" spis="" tre="" zakupienia="" znajdziecie="">

Krótko podsumowując, myślę, że te dwa numery są warte uwagi. Magazyny są świetnym sposobem na potrenowanie języka wraz z przyjemnym spędzeniem czasu. Tradycyjnie też, w obu wydaniach, niektóre artykuły zostały nagrane, a pod każdym z nich znajduje się mini - słowniczek trudniejszych słów.

wtorek, 28 lutego 2017

#204 "Przed końcem świata"


Jak zapowiadałam w ostatnim poście, oto przychodzę do Was z recenzją kolejnej książki Tommy'ego Wallacha - "Przed końcem świata". Jest to powieść znacznie różniąca się od "Dzięki za tę podróż", aż byłam zaskoczona rozbieżnością stylu między nimi, co oczywiście od razu można zaznaczyć jako pozytyw. Ale zanim rozpocznę swoją litanię, oto krótki opis:


Niebieska gwiazda połyskująca na niebie, Ardor, to nic innego, jak pędząca ku Ziemii ogromna asteroida. Koniec świata nadchodzi, a wraz z nim ostatnie szanse na posmakowanie czy też naprawienie życia przez grupę znajomych. Peter - jego życie kręci się wokół kariery koszykarza w szkolnej drużynie. Czuje jednak, że to nie jest sensem życia i w ostatnich chwilach na tym świecie zaczyna szukać czegoś, co ma większe znaczenie. Eliza - dziewczyna z reputacją rozwiązłej, niezrozumiana, z problemami w rodzinie, chce jak najszybciej się od tego uwolnić. Anita - niespełniona piosenkarka, stypendystka Princeton. Problem w tym, że po tej uczelni jej marzenia odejdą w zapomnienie, a ona sama stanie się tym, czym widzą ją jej rodzice. Andy - dla niego nic się nie liczy, przecież jest wciąż jutro... No właśnie... Ile takich "jutro" jeszcze ich czeka? Ta myśl nakłania ich wszystkich do zmian w ostatnich tygodniach istnienia świata.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to wielowątkowość powieści. Dawno takiej nie czytałam. Losy każdego z bohaterów, na początku niemal zupełnie rozbieżne, przeplatają się ze sobą coraz mocniej w miarę upływu stron. Co ciekawe, nie było elementu, który bym uważała za wybijający się na tle innych, czy to na plus, czy też na minus. 
Akcja skupia się na ukazaniu młodzieży w przeddzień katastrofy. Ich historie są różnorodne i całkiem ciekawe. Tempo wydarzeń nie jest jednak zbyt szybkie. Nie na tyle, by zanudzić czytelnika, ale nie należy się spodziewać wielkich zwrotów akcji. Natomiast jest jedno, co "męczy" do samego końca - pytanie, czy faktycznie świat się skończy. A zakończenie... nie chcąc zdradzić za dużo powiem, że było to świetne zagranie, ale jakże... irytujące, ale w pozytywny sposób - ciężko jest mi opisać stan po skończeniu powieści, mam nadzieję że rozumiecie moje intencje ;) 

Bohaterowie - jest ich dużo, każdy inny, każdy barwny. Ich kreacja bardzo mi się podobała. Nikt tam nie był idealny, wielu było zagubionych, odzwierciedlali wątpliwości i pragnienia młodych ludzi. Wypadli naprawdę naturalnie, a ja, jako czytelnik, bardzo się do nich przywiązałam. Budzą również dużo emocji, szczególnie, gdy popełniaja błędy. Mają mocne osobowości, nikt nie ginie wśród tłumu, a także są dynamiczni, przez co często zaskakują i rozczarowują czytelnika nastawionego na wybór "tego dobrego" przez daną postać.

Język bardziej mi się podobał, niż w poprzednio recenzowanej książce. Był dojrzalszy, ale nie trudniejszy w odbiorze. Bardzo dobrze się czytało tę książkę i myślę, że nie jest ona pusta. Jak dla mnie to pozycja warta uwagi i zachęcam do zapoznania się z nią. 

OCENA:  ★★★★★★✰✰✰✰ i pół :) 
Tytuł: Przed końcem świata
Oryginalny tytuł: We all looked up
Seria: - 
Autor: Tommy Wallach
Wydawnictwo: Bukowy Las
376 stron

poniedziałek, 20 lutego 2017

#203 "Dzięki za tę podróż"

Nie wiedziałam, czy ta książka przypadnie mi do gustu. Wręcz obawiałam się, że będzie banalną historią, jedną z wielu. Na szczęście okazało się, że autor z lekko oklepanego tematu wyciągnął ile się dało i stworzył naprawdę ciekawą powieść. Z tą książką jest tak: ciężko jest napisać jej krótki opis, nie zdradzając przy okazji  najciekawszych elementów, przez co, według mnie, "fabryczny" opis nie pokazuje potencjału powieści... Mogłam przez to zrezygnować z lektury, czego później pewnie bym żałowała.

Parker po tragicznym wypadku milknie. Od dawna nie wypowiedział ani słowa, komunikując się ze światem poprzez dzienniki. Te jednak służą mu również do oddawania się swojej pasji - pisarstwu. Oprócz tego, jego ulubionym zajęciem jest przebywanie w hotelach i okradanie ich gości. W ten sposób poznaje tajemniczą dziewczynę z srebrnymi włosami. Jej zachowanie przykuwa jego uwagę - Zelda zdaje się nie przywiązywać uwagi do zaginionego pliku banknotów. Zamiast tego dziewczyna decyduje się pomóc Parkerowi otworzyć się na świat, choćby miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu. W życiu, które było dłuższe, niż na to wygląda, i które powoli zbliża się do końca. 

Zacznę od bohaterów, którzy są mocną stroną powieści. Parker i Zelda są bardzo wyrazistymi postaciami. Są to osoby z charakterem, wyróżniające się na tle innych postaci. Wydali się mi również bardzo realni, poczułam do nich sympatię. Dodatkowo, autor nie ujawnia przed czytelnikiem od razu wszystkich tajemnic skrywanych przez Zeldę, a nawet gdy już karty zostają odkryte, pozostaje w niej nutka niejasności. Niemal do ostatnich stron nie wiadomo, czy można wierzyć w słowa dziewczyny. 

Jeden ogromny plus, jeśli chodzi o akcję: właściwie do ostatnich słów powieści nie wiadomo, jaki finał będzie mieć ta historia, nadzieja nie opuszcza do samego końca. Jednak powieść to nie tylko punkt kulminacyjny. Opowieść o tej wyjątkowej parze nastolatków jest bardzo ciekawie poprowadzona, pokazuje ich znajomość pełną emocji i codziennych wyzwań. Nie jest to typowa historia o młodzieńczej miłości, autor miał na nią nieco bardziej oryginalny pomysł i dobrze go wykorzystał. Warto też wspomnieć o humorze, który dyskretnie przewijał się przez całą powieść.
Ciekawym zabiegiem było wtrącenie kilku opowiadań napisanych przez Parkera. Ich fabuła sama w sobie bardzo mi przypadła do gustu, a użycie ich jako wtrąceń do powieści urozmaiciło ją. 




















Jedyne, co przeszkadzało mi w powieści, to język. Z jednej strony dobrze odzwierciedlał ten używany przez młodzież, wydał mi się dość autentyczny, jednak z drugiej strony, mam wrażenie, że, poza kilkoma fragmentami, nie niósł ze sobą większej wartości artystycznej. Nie jestem fanką skrajności i wolę, gdy podczas lektury mowa potoczna nie przeważa. Nie zniechęciło mnie to jednak do lektury i mam nadzieję, że Was również to nie odstraszy, bo według mnie jest to powieść naprawdę warta uwagi. Mocno wciąga, a jej kolejne strony przewraca się w błyskawicznym tempie. 

OCENA: ★★★★★★✰✰✰✰

Tytuł: Dzięki za tę podróż 
Oryginalny tytuł: Thanks for the trouble
Seria: - 
Autor: Tommy Wallach
Wydawnictwo: Bukowy las
272 strony

poniedziałek, 13 lutego 2017

#202 "Pojedynek"

Wysoka średnia ocen na stronie lubimy czytać oraz okazyjna cena sprawiły, że książka Marie Rutkoski pojawiła się na mojej półce. Nie trzeba było długo czekać, aż po nią sięgnęłam. Ale... może to już nie jest literarura dla mnie? Może powinnam w końcu sięgnąć po coś bardziej... ambitnego?



Kestrel jest córką generała, w jej życiu nie ma żadnych ograniczeń. Los wobec Arina nie był tak łaskawy i zrobił z chłopaka niewolnika. Pod wpływem impulsu dziewczyna kupuje go. Ta decyzja jest początkiem więzi, która rodzi się między dwójką młodych ludzi. Okazuje się jednak, że Arin ma swoją tajemnicę, która prowadzi do nieuchronnej zdrady. Ich decyzją jest to, czy wyrzekną się siebie nawzajem, czy dobra swoich pobratymców.

Jestem fanką Arina. Jego kreacja bardzo mi się spodobała, był dynamiczny, ciekawy, tajemniczy. Kestrel natomiast jest jego przeciwieństwem - irytująca, naiwna, pusta, rozpieszczona księżniczka. To tylko niektóre z epitetów, jakimi mogłabym ją opisać. Denerwował mnie każdy jej gest, każde słowo. W odpowiedzi na jej zachowanie oczy same wędrowały ku górze, by zaraz wymownie opaść. Irytowało mnie również pokazywanie dziewczyny jako bohaterki, podczas gdy jej działania przed jej momentem chwały wcale nie wskazywały na owe heroiczne cechy. Gdyby nie wątek Arina, książka po kilku rozdziałach wylądowałaby przez Kestrel w kącie.

Jeśli chodzi o akcję, to jest nieco lepiej, niż w przypadku kreacji bohaterów. Jak już wcześniej wspomniałam, wątek, w któtym Arin grał pierwsze skrzypce był bardzo wciągający. Motyw rebelii jest jednym z moich ulubionych w literaturze, toteż byłam zadowolona, że takowy pojawił się w tej powieści. Jednak pomiędzy ciekawymi epizodami pojawić się musiały wyprawy Kestrel na przyjęcia czy ploteczki, co było dla mnie średnio zajmujące. Prawdziwie wciągająca akcja zaczęła się dopiero może po przeczytaniu 2/3 książki, co jak dla mnie jest nieco zbyt późno. 
Nie mogę zdecydować, czy język mi się podobał, czy nie bardzo... Z jednej strony miałam poczucie lekkiej infantylności, z drugiej zaś nadawało to lekko baśniowego charakteru, który na ogół lubię, lecz w tym wypadku nie wiem czy takowy pasuje... Tego dylematu chyba się nie pozbędę... 

Podsumowując, "Pojedynek" to dla mnie taki średniaczek, bez którego mogłabym się spokojnie obejść, poświęcając mój czas na coś ciekawszego. Jednak biorąc pod uwagę pozytywne opinie, których się naczytałam, nie chciałabym zniechęcać do sięgnięcia po tę książkę, gdyż może komuś innemu spodoba się ona bardziej, niż mi. 

OCENA★★★★✰✰✰✰✰✰
Tytuł: Pojedynek
Oryginalny tytuł: The winner's curse
Seria: Niezwyciężona
Autor: Marie Rutkoski
Wydawnictwo: Feeria Young


380 stron

piątek, 27 stycznia 2017

#201 "Playlist for the dead. Posłuchaj a zrozumiesz"

Od kiedy wyszła ta powieść bardzo chciałam ją przeczytać. Pomysł na połączenie historii z utworami muzycznymi wydał mi się bardzo ciekawy, pochlebne recenzje jedynie wzmagały mój apetyt. Nic dziwnego, że w końcu ta książka trafiła w moje ręce.

Sam przychodzi przeprosić Haydena po kłótni. Okazuje się jednak, że szanse na pojednanie zniknęły za sprawą tabletek i alkoholu. Jedyny prawdziwy przyjaciel Sama popełnił samobójstwo, zostawiając jedynie playlistę oraz notkę "Dla Sama. Posłuchaj, a zrozumiesz". Okazuje się, że Hayden miał sekrety nawet przed Samem, a nieszczęśliwy zbieg okoliczności przyczynił się do tragicznej decyzji nastolatka. Pytanie brzmi, co chciał przekazać playlistą?

Zawiodłam się. Liczyłam na ciekawą powieść, tragiczną, pełną emocji. Dostałam coś nudnego i ciągnącego się. Zamysłem autorki było chyba pokazanie, jak śmierć Haydena wpłynęła na jego otoczenie, skupienie się na ich przeżyciach i zachowaniach w związku z samobójstwem nastolatka, ale jednak było to dość pobieżnie zrobione, nie miałam możliwości wczuć się w sytuację żadnego z bohaterów. Pomysł z playlistą był ciekawy, ale też, mam wrażenie, słabo rozwinięty. Muzyka przewijała się gdzieś w tle, rzadko wnosząc coś w treść. Ogólnie mam poczucie takiej... bezcelowości całej książki - z jej zakończenia w sumie nic nie wyniknęło.

Bohaterowie byli oryginalni, jednak dość słabo zarysowani. Czytelnicy otrzymali tylko to, co najważniejsze. Nie poczułam przez to żadnej więzi z postaciami, co wpłynęło na mój odbiór powieści. Jeden plus, jakiego się doszukałam, to to, że nie wszyscy byli od początku oczywiści i jakieś karty powoli autorka przed czytelnikiem odkrywała, przez co książka była odrobinę ciekawsza.

Przez całą powieść język zdawał mi się zbyt prosty, lekko infantylny, jednak czytało się to dobrze. Niezbyt wartka akcja działała jednak na szkodę powieści i sprawiała, że od pewnego momentu z utęsknieniem wyczekiwałam ostatniej strony i odłożenia książki na półkę. Wiem jednak, iż ta powieść zdobyła grono fanów, więc nie chciałabym zniechęcać do zapoznania się z nią - może akurat do Ciebie ona przemówi bardziej? :)


Ocena: ★★★✰✰✰✰✰✰✰
Tytuł: Playlist for the dead. Posłuchaj a zrozumiesz
Oryginalny tytuł: Playlist for the dead.
Seria: -
Autor: Michelle Falkoff
Wydawnictwo: Feeria Young
260stron

sobota, 7 stycznia 2017

Podwójna dawka języka: English Matters 62 oraz English Matters wydanie specjalne 20/2017

Opatulona kocem w ciepłej piżamce z termoforkiem w nogach zabrałam się w końcu do napisania kilku zdań o najnowszych numerach English Matters.


English Matters wydanie specjalne - Focus on speaking


Ten numer skupia się na mówieniu. Przeprowadzone zostały aż cztery wywiady ze znawcami języka oraz native speakerami, które, pomimo bycia osobą niezbyt lubującą się w tej formie, przeczytałam z zainteresowaniem. Oprócz tego zaserwowano czytelnikom dużą dawkę porad i użytecznych zwrotów czy idiomów. Z artykułów moją uwagę przyciągnęły szczególnie dwa: "Self-correction..." oraz "Pop culture in English". Ciekawy był również "A way with words", o najlepszych głosach, takich jak na przykład Ian McKellen.

Z rzeczy chyba już oczywistych, przy każdym artykule znajduje się mini-słowniczek, a 6 z nich ma swój odpowiednik w formie nagrania

Myślę, że osoby zainteresowane poznaniem języka nieco lepiej odnajdą dla siebie coś ciekawego w tym numerze. Można dowiedzieć się z niego wielu ciekawych rzeczy. Dla zainteresowanych załączam cały spis treści.

English Matters 62/2017


1. Jako że udzielił mi się chyba nastrój wydania specjalnego, najbardziej spodobał mi się artykuł o kulturze w języku. Pokazuje on ciekawe elementy, słowa, czy wyrażenia, których pochodzenie czy nawet występowanie dla wielu obcokrajowców mogłoby być dość zaskakujące. 
2. Kolejnym ciekawym artykułem był tekst "No boxing on boxing day", który wyjaśnia brytyjską tradycję związaną z dniem 26 grudnia.
3. Ostatnim z wielkiej trójki jest artykuł "Big Ben - legendary landmark", który opisuje dzieje słynnej wieży zegarowej, a właściwie dzwonu mieszczącego się w niej, który ową wdzięczną nazwę nosi. 
Przeprowadzony został wywiad z kobietą znającą ponad dziesięć języków. Oprócz tego dostajemy lekcję dotyczącą czasowników frazowych oraz prawidłowego używania przymiotników i przysłówków, co, wbrew pozorom, może sprawiać czasem problem. Poruszony został również temat Brexitu. Pojawiły się też artykuły o mieście Birmingham, osobie takiej jak Patrice Bart-Williams, czy problemie rozporządzania pieniędzmi w związku.
Ogólnie rzecz biorąc, ten numer zaliczam do słabszych. Niewiele artykułów przykuło moją uwagę, mimo zróżnicowanej treści. Może jednak inni wyciągną z tego numeru więcej, niż ja, więc też załączam pełen